Szczodre Gody – pamięć przodków, światło w najdłuższej nocy

W najdłuższej nocy roku

Zima zawsze była dla ludzi tej ziemi czasem próby. Czasem, w którym świat zwalniał, dni skracały się do minimum, a noc zdawała się nie mieć końca. W najdłuższą noc roku nie chodziło o świętowanie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Chodziło o przetrwanie — fizyczne, ale też wspólnotowe i egzystencjalne.

Szczodre Gody były odpowiedzią na tę noc. Nie ucieczką od ciemności, lecz świadomym zatrzymaniem się w jej środku. To moment graniczny, w którym stary cykl dobiega końca, a nowy jeszcze się nie rozpoczął. Chwila zawieszenia, ciszy i czuwania. Światło nie wracało od razu — ale pojawiała się pewność, że zacznie wracać.

Dla dawnych Słowian nie był to czas oderwany od codzienności. Przeciwnie — był jej najgłębszym sensem. Zimą decydowało się, czy zapasy wystarczą, czy ogień nie zgaśnie, czy wspólnota przetrwa. Dlatego tak ważne były dom, stół, ogień i obecność drugiego człowieka. I dlatego tak naturalna była pamięć o tych, którzy byli wcześniej — o przodkach, dzięki którym to życie w ogóle było możliwe.

Ten tekst nie jest próbą rekonstrukcji dawnych obrzędów. Jest próbą przywrócenia pamięci. Opowieścią o Szczodrych Godach jako święcie zakorzenionym w rytmie natury, doświadczeniu wspólnoty i szacunku dla przeszłości. Nie po to, by wracać do dawnych form, lecz by zrozumieć, dlaczego sens tego święta wciąż jest nam potrzebny

Głos, z którego mówię: nie rekonstrukcja, lecz pamięć

Piszę z miejsca, w którym pamięć nie jest teorią, lecz doświadczeniem.
Jako człowiek tej ziemi — ukształtowany przez jej rytm, pory roku, zapach lasu zimą i ciszę, która zapada, gdy dzień skraca się do kilku godzin światła. Nie stoję obok tej historii. Jestem jej częścią, nawet jeśli nie znam wszystkich imion, dat i słów, którymi posługiwali się ci przede mną.

Nie odtwarzam rytuałów. Przywracam sens.
Bo sens jest trwalszy niż forma. Formy znikają, zmieniają się, bywają nadpisywane przez nowe porządki i nowe opowieści. Sens — jeśli był prawdziwy — zostaje. W tym, jak gromadzimy się zimą bliżej siebie. W potrzebie zapalenia światła, gdy zapada długą noc. W odruchu, by zatrzymać się na chwilę i spojrzeć wstecz, zanim ruszymy dalej.

Szczodre Gody nie są dla mnie religią do odgrywania ani próbą wskrzeszenia dawnych obrzędów w ich zewnętrznej formie. Są dziedzictwem kulturowym — zapisem doświadczenia ludzi, którzy żyli w ścisłej relacji z naturą i wiedzieli, że bez wspólnoty, bez pamięci i bez uważności na cykl świata nie da się przetrwać zimy. To święto sensu, nie kostiumu.

Pamięć przodków jest w tym wszystkim kluczowa. Nie jako mitologiczny kult, lecz jako naturalna świadomość ciągłości. Jest w niej zakorzenienie — wiedza, że to życie nie zaczęło się na mnie. Jest odpowiedzialność — bo to, co zrobię dziś, stanie się częścią świata, który odziedziczą następni. I jest cicha wdzięczność wobec tych, którzy przechodzili przez swoje zimy wcześniej, ucząc się, jak nie zgasić ognia.

Nie wszystko przetrwało w źródłach.
Ale sens przetrwał w zwyczajach, w języku i w ciele.
W prostych gestach, które wykonujemy bez zastanowienia.
W potrzebie wspólnego stołu.
W pamięci, która odzywa się najmocniej właśnie wtedy, gdy noc jest najdłuższa

Szczodre Gody jako moment graniczny świata

Szczodre Gody nie wyrastają z magii ani z potrzeby niezwykłości. Wyrastają z obserwacji świata. Z uważnego patrzenia na niebo, na drogę słońca, na długość dnia i nocy. Kosmologia Słowian była kosmologią ziemi — opartą na tym, co widzialne, powtarzalne i bezpośrednio związane z życiem.

Przesilenie zimowe było momentem granicznym.
Czasem, w którym światło umierało, a przynajmniej tak było odczuwane. Dni nie mogły stać się krótsze, noc nie mogła się już wydłużyć. Świat wchodził w pauzę. W bezruch, który nie był jeszcze odrodzeniem, ale nie był już upadkiem. To właśnie w tej ciszy pojawiała się zapowiedź powrotu życia — nie jako obietnica dana z góry, lecz jako możliwość, która dopiero miała się spełnić.

Słowianie byli ludem głęboko obserwującym naturę. Nie oddzielali się od niej ani myślą, ani codziennym życiem. Wiedzieli, że wszystko porusza się w cyklach: światło i ciemność, wzrost i obumieranie, obfitość i niedobór. Od tych cykli zależało ich przetrwanie. Zima nie była metaforą — była realnym zagrożeniem. Głód, chłód, choroby i śmierć były bliżej niż kiedykolwiek indziej w ciągu roku.

Dlatego Szczodre Gody nie były czasem zabawy.
Nie były festynem ani radosnym świętowaniem w dzisiejszym sensie. Były czasem czuwania. Skupienia. Świadomego bycia razem w momencie, gdy świat stał na granicy. Gdy nie można było jeszcze świętować powrotu światła, ale można było pilnować, by nie zgasło to, co jeszcze trwało.

Czuwanie było formą odpowiedzi na kruchość zimy.
Czuwaniem nad ogniem, nad zapasami, nad wspólnotą. Czuwaniem nad sensem, który w najciemniejszym czasie roku nie znikał, lecz wymagał ciszy i uważności, by mógł przetrwać.

Światło, ogień i słońce — nie kult, lecz relacja

Światło nigdy nie było dla ludzi tej ziemi abstrakcją ani symbolem oderwanym od codzienności. Było gwarancją przetrwania. Bez światła nie było ciepła, bez ciepła nie było życia. W najdłuższej nocy roku ta prawda stawała się szczególnie wyraźna — niemal dotykalna. Każdy płomień miał znaczenie. Każda iskra była czymś więcej niż tylko ogniem.

Ogień w domu nie był ozdobą ani rytualnym rekwizytem. Był centrum świata. Chronił przed zimnem, pozwalał przygotować posiłek, dawał poczucie bezpieczeństwa. Ale był też znakiem porządku — tego, że świat jeszcze trwa, że nie wszystko pogrążyło się w chaosie. Płomień musiał być pilnowany, karmiony, szanowany. Gasnący ogień oznaczał zagrożenie. Żywy ogień oznaczał ciągłość.

W tej relacji ze światłem i ogniem rodziły się opowieści o siłach, które je niosą. Nie jako „bogowie z legend”, lecz jako uosobione zasady świata. Dadźbóg nie był postacią z baśni, lecz imieniem nadanym słońcu — dawcy światła i życia, temu, który wyznacza rytm dni i pór roku. Swaróg nie był odległym władcą, lecz symbolem ognia, prawa i porządku, tego, co utrzymuje świat w ryzach, gdy wokół panuje ciemność.

To nie był kult w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. To była relacja. Relacja z siłami, od których zależało życie, i które wymagały uważności, a nie ślepej wiary. Światło nie było czczone — było szanowane. Ogień nie był ubóstwiany — był strzeżony. Słońce nie było ideą — było doświadczeniem, którego brak zimą odczuwało się całym ciałem.

W Szczodre Gody światło miało szczególną wagę. Nie dlatego, że zwyciężało, lecz dlatego, że jeszcze nie zniknęło. Było kruche, ale obecne. A jego obecność przypominała, że porządek świata nie załamał się — tylko na chwilę się zatrzymał, czekając na powrót dnia…

Dom jako oś świata: stół, ogień, cisza

Zimą dom przestawał być tylko miejscem zamieszkania. Stawał się twierdzą życia. Przestrzenią, w której skupiało się wszystko, co najważniejsze: ciepło, zapasy, relacje, pamięć. Poza domem panowała ciemność, mróz i niepewność. Wewnątrz — świat, który należało utrzymać przy życiu przez najtrudniejszy czas roku.

Ogień był sercem tej twierdzy.
Chronił przed zimnem, dawał ciepło, pozwalał przetrwać noc. Ale niósł też coś więcej niż fizyczne bezpieczeństwo. Był znakiem ciągłości rodu — płomień, który płonął dziś, łączył się z ogniem palonym przez tych, którzy byli wcześniej. Ogień nie należał do jednej osoby. Był wspólny. Pilnowany razem. Przekazywany dalej jak wiedza i odpowiedzialność.

Wokół ognia gromadził się dom. A wokół stołu — wspólnota.
Wspólny stół nie był tylko miejscem spożywania posiłku. Był przestrzenią dzielenia się tym, co udało się zgromadzić. Zimą nikt nie był równy bogactwem, ale wszyscy byli równi wobec potrzeby przetrwania. Jedzenie miało wartość nie tylko odżywczą, lecz symboliczną — było dowodem, że wspólnota działa, że nikt nie zostaje sam.

W tej przestrzeni ważna była także cisza. Nie jako brak dźwięków, lecz jako stan uważności. Zimą mówiło się mniej, słuchało bardziej. Cisza pozwalała dostrzec obecność tego, co niewidzialne, ale odczuwalne. Pamięć o tych, którzy siedzieli przy tym stole wcześniej. O tych, którzy dbali o ogień, dzielili chleb i przetrwali swoje zimy.

Właśnie tutaj, w cieple domu, rodziło się poczucie obecności przodków. Nie jako duchów przywoływanych obrzędem, lecz jako ciągłej obecności wpisanej w przestrzeń. W płomieniu, który nie gaśnie. W stole, który pamięta dłonie. W ciszy, która pozwala poczuć, że ten dom ma historię — i że ta historia wciąż trwa…

Kult przodków — dlaczego był naturalny, a nie „mistyczny”

Pamięć o przodkach nie była dla dawnych Słowian czymś oderwanym od codziennego życia ani tajemniczym rytuałem zarezerwowanym dla wybranych. Była naturalnym elementem porządku świata. Przodkowie byli tymi, którzy już przeszli zimę — nie jedną, lecz wiele. Tymi, którzy wiedzieli, jak przetrwać czas niedoboru, chłodu i ciemności. Ich doświadczenie nie znikało wraz ze śmiercią, lecz pozostawało w opowieściach, gestach i decyzjach podejmowanych każdego dnia.

W świecie zależnym od cykli przyrody przeszłość miała realną wartość. To, co wydarzyło się wcześniej, mogło zdecydować o tym, czy wspólnota przetrwa kolejny rok. Dlatego pamięć była ważniejsza niż modlitwa w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Nie proszono przodków o cuda. Słuchano tego, co po nich zostało. Uczono się na ich doświadczeniu. Zachowywano to, co się sprawdziło.

Obecność przodków nie polegała na ich wywoływaniu ani przywoływaniu z innego świata. Była obecnością cichą, ale wyraźną. W sposobie, w jaki rozpalano ogień. W tym, jak dzielono jedzenie. W decyzjach podejmowanych z myślą o wspólnocie, a nie tylko o sobie. Przodkowie byli obecni w porządku, który trwał, jeśli się o niego dbało.

To nie był kult śmierci.
To był kult ciągłości życia.

Śmierć była częścią cyklu, tak samo jak zima. Ale to życie było tym, co należało chronić. Pamięć o przodkach wzmacniała poczucie, że nie zaczynamy od zera. Że nasze istnienie ma głębszy sens, bo jest kontynuacją. I że w najdłuższej nocy roku warto pamiętać o tych, dzięki którym w ogóle możemy czuwać przy ogniu — i wierzyć, że światło wróci…

Zapach, rośliny, żywica — codzienna magia przetrwania

Zimą zapach miał znaczenie większe, niż dziś jesteśmy w stanie to sobie łatwo wyobrazić. W świecie bez chemicznych środków, bez ogrzewania, bez szczelnych domów i syntetycznych zabezpieczeń, to rośliny i ich aromat były realnym wsparciem dla zdrowia i życia. Nie była to magia w sensie obrzędowym. Była to codzienna, sprawdzona wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Sosna, świerk i jodła towarzyszyły ludziom tej ziemi przez całą zimę. Ich igliwie wnoszono do domów, wykorzystywano do okadzania, ścielenia i zabezpieczania przestrzeni. Jałowiec, o intensywnym, żywicznym zapachu, miał szczególne miejsce — jego dym oczyszczał powietrze, odstraszał szkodniki i wspierał drogi oddech. Żywice, zbierane wcześniej i przechowywane na zimę, były cennym zasobem: chroniły, dezynfekowały, wzmacniały.

Te rośliny pełniły bardzo konkretne funkcje. Oczyszczały powietrze w zamkniętych izbach, ograniczały rozwój chorób, pomagały utrzymać zapasy w dobrym stanie. Zapach igliwia i żywicy nie był przypadkowy ani wyłącznie symboliczny. Był elementem strategii przetrwania w czasie, gdy każde osłabienie organizmu mogło mieć poważne konsekwencje.

Zapach był także sygnałem bezpieczeństwa.
Mówił: ogień płonie, dom jest chroniony, ktoś czuwa. Regulował emocje w czasie długiej nocy, uspokajał, porządkował oddech, pozwalał ciału wrócić do stanu równowagi. W świecie pozbawionym nadmiaru bodźców zapach miał moc wyraźniejszą i głębszą niż dziś — był znakiem, że dom żyje.

To nie była symbolika.
To była praktyczna wiedza.
Zakorzeniona w doświadczeniu, w obserwacji natury i w odpowiedzialności za zdrowie wspólnoty. W Szczodre Gody zapach nie miał zdobić — miał chronić. I właśnie dlatego do dziś potrafi tak mocno poruszyć pamięć, nawet jeśli nie zawsze wiemy, skąd to poruszenie się bierze…

Chrystianizacja: co zabrano, co przetrwało

Chrystianizacja ziem słowiańskich nie była jednym momentem ani prostym zerwaniem z przeszłością. Była procesem długim, złożonym i nierównym. Nowa religia nie przyszła na pustą przestrzeń. Zastała świat uporządkowany przez cykle natury, wspólnotowe rytmy i głęboko zakorzenione zwyczaje. Aby się utrwalić, musiała wiele z tych sensów nadpisać — nie zawsze je niszcząc, częściej zmieniając ich znaczenie.

Zabrano przede wszystkim interpretację.
To, co wcześniej było zakorzenione w porządku świata i doświadczeniu przyrody, zaczęto tłumaczyć inną opowieścią. Przesilenie zimowe przestało być momentem granicznym cyklu natury, a stało się wydarzeniem wpisanym w nową narrację religijną. Pamięć przodków została odsunięta na margines, zastąpiona inną hierarchią i innym językiem sacrum.

Ale formy przetrwały.
Stół pozostał miejscem wspólnoty.
Światło nadal rozjaśniało najciemniejszą noc.
Ludzie wciąż gromadzili się razem, bo zima nadal była zimą, niezależnie od tego, jak ją nazywano.

Wiele zwyczajów, które dziś kojarzymy z Wigilią, jest starszych niż chrześcijaństwo. Wspólny posiłek w szczególną noc. Symboliczne znaczenie światła. Cisza, oczekiwanie, skupienie. Nawet sama potrzeba nadania tej nocy wyjątkowego charakteru nie wzięła się z nowej religii, lecz z doświadczenia życia w rytmie natury.

Chrystianizacja nie zniszczyła wszystkiego. Przekształciła. Przykryła dawne sensy nową opowieścią, pozostawiając formy, które były zbyt głęboko zakorzenione, by zniknąć. Dlatego do dziś, nawet jeśli używamy innych słów i innych symboli, wiele gestów wykonywanych w najdłuższą noc roku wciąż niesie w sobie echo starszej pamięci.

Nie chodzi o odrzucenie tego, co przyszło później. Chodzi o zrozumienie, że pod współczesnymi warstwami nadal istnieje fundament. A ten fundament powstał znacznie wcześniej — w ciszy zimy, przy wspólnym stole, w świetle, które miało przede wszystkim nie zgasnąć…

Dlaczego dziś wracamy do Szczodrych Godów

Wracamy do Szczodrych Godów nie dlatego, że nagle odkryliśmy przeszłość. Wracamy, bo coś po drodze zgubiliśmy. Współczesny świat niemal całkowicie pozbawił nas rytuałów przejścia — momentów, które pozwalają zatrzymać się, domknąć jeden etap i świadomie wejść w kolejny. Czas płynie nieprzerwanie, bez pauz, bez ciszy, bez granic. Zima przestała być zimą, a noc przestała mieć znaczenie.

Oderwaliśmy się od cyklu.
Od światła i ciemności. Od okresów napięcia i odpoczynku. Od naturalnego rytmu, który przez tysiące lat porządkował życie ludzi tej ziemi. Możemy dziś rozświetlić noc jednym kliknięciem, ogrzać dom bez ognia i mieć dostęp do wszystkiego przez cały rok. Ale razem z tym zniknęła umiejętność bycia w niedoborze, w ciszy i w oczekiwaniu. A to właśnie zimą najbardziej potrzebujemy wspólnoty.

Samotność w środku zimy stała się jednym z cichych problemów naszych czasów.
Mimo kontaktu, komunikacji i pozornego światła wielu ludzi doświadcza tej pory roku jako wewnętrznej ciemności. Brakuje momentu, który pozwoliłby to nazwać, przeżyć razem i osadzić w większym sensie. Szczodre Gody wracają właśnie w tę pustkę — nie jako rekonstrukcja, lecz jako odpowiedź na realną potrzebę.

Powrót do Szczodrych Godów to regulacja.
Zatrzymanie, które pozwala ciału i umysłowi zwolnić w najciemniejszym czasie roku.
To zakorzenienie — przypomnienie, że należymy do miejsca, do cyklu, do historii dłuższej niż jedno życie.
I wreszcie pamięć, że nie jesteś pierwszy i nie jesteś sam. Że inni przechodzili przez tę noc wcześniej, zostawiając po sobie ślady, z których wciąż możemy korzystać.

Dziś Szczodre Gody nie muszą wyglądać tak jak dawniej. Ale ich sens pozostaje aktualny. W świecie pełnym hałasu i nieustannego ruchu powrót do tej najdłuższej nocy może być aktem odzyskania równowagi — cichym, prostym i głęboko ludzkim…

Jak wracać mądrze — bez udawania przeszłości

Powrót do Szczodrych Godów nie wymaga kostiumów, inscenizacji ani wiernego kopiowania dawnych obrzędów. Próba „odgrywania” przeszłości często oddala od jej sensu zamiast go przybliżać. Dawni Słowianie nie potrzebowali rekonstrukcji — oni po prostu żyli w świecie, który dziś już nie istnieje w tej samej formie. Naszym zadaniem nie jest cofanie czasu, lecz zrozumienie, co w tamtym doświadczeniu było naprawdę ważne.

Nie kopiować rytuałów.
Rytuały miały sens, bo wyrastały z realnych warunków życia: z zimna, ciemności, niedoboru i zależności od siebie nawzajem. Bez tych warunków forma staje się pustym gestem. Zamiast powtarzać konkretne działania, warto zatrzymać się przy ich znaczeniu — i pozwolić, by znalazło ono współczesny wyraz.

Nie „odgrywać” dawnych Słowian.
Nie jesteśmy nimi i nie musimy nimi być. Jesteśmy ludźmi żyjącymi tu i teraz, ale osadzonymi w długiej historii tej ziemi. Autentyczny powrót nie polega na udawaniu przeszłości, lecz na przyjęciu odpowiedzialności za teraźniejszość, z pełną świadomością tego, skąd przychodzimy.

To, co warto zachować, jest proste i uniwersalne.
Ciszę — jako przestrzeń na zatrzymanie i uważność.
Światło — jako znak trwania i nadziei, nawet jeśli jest niewielkie.
Wspólnotę — by nie przechodzić przez najciemniejszy czas w pojedynkę.
Pamięć — o tych, którzy byli wcześniej, i o sensach, które przetrwały mimo zmian.

Mądre wracanie do Szczodrych Godów nie polega na cofnięciu się w czasie. Polega na tym, by w najdłuższej nocy roku stworzyć przestrzeń, w której życie znów ma oparcie — w ciszy, w świetle, w drugim człowieku i w pamięci, która łączy to, co było, z tym, co dopiero nadchodzi…

Jesteśmy, bo byli oni

Nie niosę przodków jak ciężaru.
Niosę ich jak korzeń.

Korzeń nie ciąży — daje oparcie. Pozwala stać prosto, nawet gdy wiatr jest silny, a ziemia zmarznięta. Dzięki niemu życie nie zaczyna się w próżni. Ma gdzie się zaczepić. Ma skąd czerpać. Przodkowie są właśnie tym — cichą obecnością, która pozwala trwać, nawet jeśli nie zawsze o niej myślimy.

Szczodre Gody przypominają, że życie nie zatrzymuje się w ciemności. Że nawet w najdłuższej nocy roku coś już się zmienia, choć jeszcze tego nie widać. To święto życia przeżywanego uważnie — bez hałasu, bez triumfu, bez pośpiechu. Życia, które trwa, bo ktoś wcześniej potrafił je ochronić.

W tym sensie Szczodre Gody nie są powrotem do przeszłości. Są przypomnieniem ciągłości. Tego, że światło wraca nie dlatego, że je wymusimy, lecz dlatego, że taki jest porządek świata. A naszym zadaniem jest dotrwać do tego momentu — razem, w ciszy, przy ogniu, z pamięcią, która nie dzieli, lecz łączy

Bez kropki
Z oddechem

FAQ – Szczodre Gody, kult przodków i sens przesilenia zimowego

Czym były Szczodre Gody u dawnych Słowian
Szczodre Gody były świętem związanym z przesileniem zimowym, momentem granicznym w cyklu roku. Nie były festynem ani czasem zabawy, lecz okresem czuwania, skupienia i wspólnoty w najciemniejszym czasie roku.

Czy Szczodre Gody były religią lub obrzędem magicznym
Nie. Szczodre Gody wyrastały z obserwacji natury i doświadczenia życia w cyklu pór roku. Miały charakter kulturowy i wspólnotowy, a nie dogmatycznie religijny czy magiczny.

Dlaczego światło i ogień miały tak duże znaczenie
Światło i ogień były gwarancją przetrwania zimy. Oznaczały ciepło, bezpieczeństwo, ciągłość życia i porządek świata w czasie, gdy ciemność i chłód stanowiły realne zagrożenie.

Na czym polegał kult przodków u Słowian
Kult przodków nie był kultem śmierci ani praktyką wywoływania duchów. Opierał się na pamięci, ciągłości i szacunku wobec doświadczenia tych, którzy żyli wcześniej i nauczyli się, jak przetrwać trudne czasy.

Czy kult przodków był praktyką mistyczną
Nie w dzisiejszym rozumieniu mistycyzmu. Był naturalnym elementem życia wspólnotowego, sposobem zachowania wiedzy, porządku i tożsamości rodu oraz społeczności.

Dlaczego wiele zwyczajów wigilijnych jest starszych niż chrześcijaństwo
Wiele form – wspólny stół, szczególna noc, światło, cisza i oczekiwanie – istniało wcześniej i zostało zachowanych podczas chrystianizacji, choć nadano im nowe znaczenia religijne.

Czy dziś można obchodzić Szczodre Gody w autentyczny sposób
Tak, pod warunkiem że nie polega to na odgrywaniu dawnych rytuałów. Autentyczność polega na zachowaniu sensu: ciszy, światła, wspólnoty i pamięci, a nie na rekonstrukcji form.

Dlaczego współcześni ludzie wracają do Szczodrych Godów
Ponieważ brakuje rytuałów przejścia, kontaktu z cyklem natury i poczucia zakorzenienia. Szczodre Gody odpowiadają na potrzebę regulacji, wspólnoty i ciągłości w czasie zimy.

Bibliografia i źródła inspiracji

Źródła naukowe i etnograficzne:

– Aleksander Gieysztor, Mitologia Słowian
Klasyczna praca historyczna poświęcona wierzeniom, symbolice i kosmologii ludów słowiańskich

– Kazimierz Moszyński, Kultura ludowa Słowian
Fundamentalne opracowanie etnograficzne dotyczące cyklu roku, obrzędowości i życia wspólnotowego

– Stanisław Urbańczyk (red.), Słownik starożytności słowiańskich
Źródło terminologiczne i kulturowe dotyczące wierzeń, zwyczajów i praktyk dawnych Słowian

– Mircea Eliade, Sacrum i profanum
Kontekst porównawczy dla rozumienia czasu świętego, cykliczności i momentów granicznych w kulturach tradycyjnych

Zapach, rośliny, zima – ujęcie współczesne, praktyczne:

Michał Jacek Kośla, Olejki & Zioła na Jesień i Zimę
https://michalkosla.net/produkt/olejki-ziola-na-jesien-i-zime/

Książka poświęcona praktycznemu wykorzystaniu roślin i olejków eterycznych w okresie jesienno-zimowym — w kontekście zdrowia, odporności, zapachu, ochrony i regulacji organizmu. Naturalne rozwinięcie tematów obecnych w tradycyjnym doświadczeniu zimy i Szczodrych Godów.

Autor: Michał Jacek Kośla

Artykuł został opracowany przez Michała Jacka Kośla, twórcę autorskiego systemu Forest&Aroma.

Forest&Aroma jest systemem pracy człowieka z naturą, opartym na idei symbiozy. Integruje aromaterapię, lasoterapię (shinrin-yoku), techniki oddechowe, praktyki uważności oraz mikro-medytacje.

System Forest&Aroma służy wspieraniu regulacji procesów fizjologicznych i psychicznych poprzez świadomy kontakt z zapachem, roślinami i środowiskiem naturalnym.

Rozwinięcie tego artykułu znajdziesz w mojej publikacji:

Olejki & Zioła na Jesień i Zimę 

https://michalkosla.net/produkt/olejki-ziola-na-jesien-i-zime/

Przewijanie do góry